Mateusz
Różański: Sytuacja nieuleczalnej choroby dziecka jest dramatyczna
dla każdego. Jednak dużo więcej wiemy o tym, jak z taką sytuacją
radzą sobie mamy. Co z ojcami, jak oni odnajdują się, gdy ich
upragnione dziecko jest nieuleczalnie chore?
Ireneusz
Kalisiak: Inaczej opiekę nad dzieckiem sprawuje
mama, a inaczej tata. Miejsce mamy i taty wygląda u chorego i u
zdrowego dziecka mniej więcej tak samo. Bardzo rzadko zdarza się,
że to mężczyzna jest osobą przewodnią w opiece paliatywnej,
najczęściej pomaga on kobiecie, zarabia na utrzymanie domu – bo
to mamy najczęściej rezygnują z pracy, są na zwolnieniach. Role
mamy i taty są tak samo ważne, ale jednocześnie bardzo różne i
dużo większy udział w opiece mają mamy.
Czy
na diagnozę nieuleczalnej choroby dziecka ojcowie reagują inaczej
niż kobiety.
Taka
diagnoza to cios dla obojga rodziców. Jednak to kobieta zazwyczaj
jest bliżej dziecka emocjonalnie i to ona ponosi największy koszt
emocjonalny, bardzo to przeżywa, rozpacza. Jednak to nieprawda, że
mężczyźni nie płaczą. Po prostu przeżywają to bardziej w
sobie. Tata, który dowiedział się o nieuleczalnej chorobie
dziecka, najczęściej usiądzie gdzieś z boku, pogada sam ze sobą,
albo z bardzo bliskim przyjacielem. Ojcowie unikają rozmów na temat
choroby dziecka z innymi członkami rodziny. Bo mężczyzna
najczęściej czuje się tym silniejszym ogniwem w rodzinnym
łańcuchu.
Ale
nawet najsilniejszy mężczyzna jest słabszy niż nieuleczalna
choroba dziecka.
Dąży
pan do tego, jak mężczyźni sobie z tym radzą. Bardzo rzadko
zdarza się, że mężczyzna ucieka w alkohol. O wiele częściej
uciekają w pracę. Przed chorobą taki tata spędzał w pracy osiem
godzin. Po diagnozie zaczyna szukać dodatkowych zajęć, by wyjść
z domu na jak najdłużej. Oczywiście angażuje się też w opiekę,
robi zakupy, pomaga w domu, ale najczęstszą strategią jest
uciekanie w pracę.
A
przez te 30 lat funkcjonowania hospicjum - co się nie zmieniło?
Tyle przecież się mówi o angażowaniu się ojców w wychowywanie
dzieci, o tacierzyństwie.
To
akurat przez te lata się nie zmienia. Jedyna różnica, że kiedyś
nie było internetowych grup wsparcia, z których korzystają i tak
głównie kobiety. Jednak dalej schemat, w którym tata ucieka w
pracę, jest taki sam. Tu warto zauważyć, że w rodzinach, gdzie
było tylko jedno dziecko, po jego zgonie rodzice często się
rozchodzą.
Z
czego to się bierze?
Z
wzajemnego obwiniania się, kłótni o to, po którym z rodziców
dziecko odziedziczyło wadliwy gen, przez kogo zachorowało. Zaczyna
się od takich rzuconych mimochodem uwag, potem jedna awantura, za
nią kolejne i finalnie każde idzie w inną stronę. Teraz jest to
szczególnie częste, bo wiele jest par nieformalnych, więc mama i
tata po prostu pakują swoje rzeczy do walizki i każde idzie w swoją
stronę.
A
kto inicjuje te awantury?
Tego nie wiem. Trudno
się na ten temat wypowiadać. Choćby dlatego, że na prowadzone
przez nas grupy wsparcia mężczyźni przychodzą bardzo rzadko.
Domyśla
się pan dlaczego? Może po prostu ta forma pomocy jest dla nich
nieatrakcyjna? Może potrzebują czegoś innego.
Kiedyś
robiliśmy tak, że z rodzicami spotykaliśmy się we trójkę –
ja, pani psycholog i ksiądz. Ja zabierałem mężczyzn, a kobiety
zostawały z panią psycholog i z księdzem. Rozmawialiśmy potem
przez 3 godziny, a potem siadaliśmy razem. Podczas takich wspólnych
rozmów mówiły głównie kobiety. Faceci głównie milczeli lub
przytakiwali. Moim zdaniem mężczyźni najczęściej wstydzą się
mówić publicznie przy innych.
Bo
nas socjalizuje się do rozwiązywania problemów, a nie mówienia o
nich.
Mężczyźni potrafią
rozwiązywać problemy techniczne i bytowe, ale w większości nie są
w stanie rozwiązywać problemów emocjonalnych. Nieraz zdarza
się, że kobiety skarżą się, że dopiero u nas mogą się
wygadać, bo w domu są uciszane i słyszą, że nie powinny tak bez
przerwy gadać i rozdrapywać ran.
Mężczyźni
wolą milczeć?
W
domu. Wśród kolegów i przyjaciół jest inaczej. Również podczas
spotkań ze mną potrafią się rozgadać. Bardzo rzadko, ale
zdarza się to też na grupach wsparcia.
O
czym wtedy mówią?
O
wszystkim. Od momentu narodzin dziecka, przez diagnozę, rozpoczęcie
leczenia i jego przebiegu po zgon i to, co jest po nim, czyli
zupełnie nową rzeczywistość. Jeśli miałbym podać to w liczbach
to na 10 słów o chorobie dziecka, jedno wypowiadane jest przez
mężczyznę.
Mężczyźni
raczej użalają się, gniewają, skarżą?
Nie wiem, jak jest w
domach, ale na spotkaniach w hospicjum najczęściej mówią o
ciężarze, z jakim się zmagają.
Jak
oni sobie radzą z tym ciężarem? Mam wrażenie, że kobiety
wypracowały sobie swoje sposoby – choćby internetowe grupy
wsparcia, gdzie prym wiodą panie.
Te
grupy, stworzone przez kobiety dla kobiet, są bardzo mocne. Niektóre
panie potrafią spędzić całe noce na rozmowach z innymi
członkiniami. O takich grupach dla mężczyzn, przyznam, że nie
słyszałem.
Wiem,
że są takie grupy, ale jest ich nie za wiele.
Kobiety
dużo częściej też korzystają z pomocy psychologów, psychiatrów.
Mężczyźni bardzo rzadko sięgają po takie wsparcie. Jak już
wspomniałem, czasem, choć bardzo rzadko, sięgają po alkohol.
Tylko trudno powiedzieć, czy problem z alkoholem u danego mężczyzny
wystąpił dopiero po diagnozie dziecka, czy był już wcześniej, bo
o tym nie mówią. Mamy pod opieką rodzinę, gdzie ojciec ma problem
z alkoholem i narkotykami, ale trudno powiedzieć, czy nie miał go
też przed chorobą dziecka.
Po
drodze minąłem pana, który kiedyś korzystał z waszego wsparcia,
a dziś jest wolontariuszem.
Ja
też do hospicjum przyszedłem po śmierci syna, jako wolontariusz.
Takich jest nas w hospicjum trzech, a jeden z nich jest nawet
opiekunem wolontariuszy. Wszystko, co powiedziałem w naszej
rozmowie, powiedziałem ze swojego doświadczenia. Czasy się
zmieniają, ale to, jak ludzie przeżywają chorobę dziecka i żałobę
po jego stracie, pozostaje niezmienne. Nie da rady zamknąć się w
klasztorze i odciąć od tego, co było. Żałoba to proces, który
opisano w milionie książek i który pozostaje niezmienny. Jedyne,
co się przez te moje prawie trzydzieści lat w hospicjum zmieniło,
to pojawienie się internetowych grup wsparcia.
Czy
widzi pan potrzebę jakichś rozwiązań systemowych, skierowanych do
rodziców, a w szczególności do ojców, których dzieci korzystają
ze wsparcia hospicjum?
Nie
da rady stworzyć jakiegoś planu wsparcia, gdzie punkt po punkcie
byłoby opisane, jak radzić sobie w takiej sytuacji. To wszystko są
bardzo indywidualne sprawy, bo każdy przeżywa żałobę na swój
sposób. Psychologowie i terapeuci próbują stworzyć jakieś
rozwiązania dla wszystkich, ale to im się najczęściej nie udaje.
Do każdego rodzica trzeba podchodzić indywidualnie, trafić do
niego i wyczuć, jak im pomóc. Choć muszę przyznać, że najlepiej
rodzice pomagają sobie nawzajem. Stąd taka potrzeba grup wsparcia.
Kiedyś, gdy jeszcze nie było ich w Internecie, na prowadzone przez
nas grupy pochodziło nawet po 30-40 osób. Kobiety często tworzą
też grupy samopomocowe i spotykają się w wolnym czasie w
kawiarni czy cukierni i rozmawiają o swoich problemach. A to
dlatego, że nie mogą o tym rozmawiać z bliskimi, bo ci nie chcą
już słuchać o chorobie czy śmierci dziecka i gdy na ekranie
komórki widzą, że dzwoni do nich taka mama, po prostu nie
odbierają, bo „ta znowu będzie nudziła”. My w hospicjum
staramy się tworzyć takie grupy samopomocowe, nie działamy według
żadnych książkowych schematów, ale odpowiadamy na bieżące
potrzeby rodziców.
Co
by pan doradził ojcom, którzy dowiedzieli się o diagnozie swojego
dziecka?
Przede
wszystkim muszą spełnić swój obowiązek. Muszą wspierać swoją
partnerkę, angażować się w opiekę nad dzieckiem i co
najważniejsze być z nim. Nikt nie pomoże rodzinie tak jak ona
sama. Najgorszą trauma dla dziecka, jest to, gdy jego tata po prostu
zawinie się i zniknie z jego życia. Sami mieliśmy taki przypadek,
gdy tata po prostu ulotnił się, zmienił adres, numer telefonu i
pojawił się dopiero na pogrzebie córki. Tu nie chodzi nawet o samą
partnerkę, tylko właśnie o to dziecko, które powinno mieć
poczucie bezpieczeństwa i stabilności rodziny. Ono musi wiedzieć,
że rodzic będzie przy nim podczas leczenia, przyjmowania chemii, że
będzie mogło złapać go za rękę, porozmawiać. To jest połowa
sukcesu w leczeniu.
A
kiedy tata czuje już, że nie daje rady, że to powyżej jego
możliwości?
Nie
umiem odpowiedzieć na to pytanie. Ja nie miałem takiego momentu.
Teraz być może wygląda to inaczej, choćby dlatego, że obecnie
lekarze bardzo wprost mówią o diagnozie, o szansach dziecka na
przeżycie. Tłumaczą rodzicom, jak będzie wyglądało leczenie
etc. Wielu rodziców stara się wierzyć, że dzieci nie zdają sobie
sprawy ze swojego stanu. Jednak to nieprawda, gdy kończą się
odwiedziny i dzieci zostają same, rozmawiają między sobą - o
lekach, które przyjmują, o swoich chorobach, o tym, jakie szanse
mają na przeżycie. Zdarza się, że mówią do rodziców wprost, że
nie powinni płakać, że wiedzą, w jakim są stanie.
I
w tym najważniejsza jest obecność rodziców.
Widziałem
kiedyś takiego Krzysia, do którego babcia przyjeżdżała raz w
miesiącu. Mama, jak to się mówi, „poszła w tango gdzieś” w
Polsce, a taty nie widziałem przy nim nigdy. Ten dzieciak był
osamotniony i zmarł przy pielęgniarce, która była przy nim przez
całą noc. Chłopiec umarł, nie mając do kogo się przytulić, z
kim porozmawiać, komu się przed śmiercią wyżalić.
Ireneusz
Kalisiak to Wiceprezes Zarządu Fundacji WHD.
Komentarze
Prześlij komentarz